W jakim języku mówiła ludność Śląska Cieszyńskiego

5/5 - (3 votes)

na podstawie książki Mieczysława Jarosza „Śląsk Cieszyński” napisanej w roku 1909

Czeski językoznawca Safarik uważa rzekę Ostrawicę za granicę językową na Śląsku, oddzielającą Śląsk od Moraw. Śembera uznaje ostatnie wsie graniczne przejściowego dialektu, takie jak Wierbica, Datynie, Noszowice i Morawka (por. Slov Pfehl., IV. 65). Bartos przyłącza się do niego bez słowa uzasadnienia.

Takie jest zdanie uczonych polskich i czeskich językoznawców. Czeskiej prasie i czeskim działaczom nie przeszkadza to zupełnie stale twierdzić, że ludność w całym Frydeckim i większej części Frysztackiego, a nawet w Cieszyńskim, mówi czeskim językiem. Ostatecznie, same pretensje czeskie nie przyniosłyby uszczerbku polskiej ludności, gdyby nie to, że Czesi w ślad za pretensjami wyciągają ręce po polskie osady, usiłują je zdobyć, a ludność zczechizować. Owe wyimaginowane pretensje wystarczają im zupełnie w zaborczej pracy, do której nie trzeba wiary i przekonania, że się słuszną wykonywa pracę. Wystarczy rabunek dusz, terror i presja, wyszydzanie wszystkiego, co polskie, a podnoszenie wyższości własnej kultury jako środka przyciągającego nieuświadomione narodowo masy polskiej ludności. A dla okrasy tej tak rozumianej kulturalnej „pracy” wystarczy kiedy niekiedy przytoczyć „naukowe” materiały i przykłady „czeskości” śląskiego ludu.

Jako ilustracja powyższego wystarczą następujące fakty:

W „Ostravskym Denniku”, nr. 157 z 11 lipca 1908 r., w felietonie pt. Zablati (Zabłocie) niejaki p. Śafaf opowiada, że kobieta, zapytana przez niego: „Kudy se jde do Zablota?” (którędy się idzie do Zabłocia), odpowiedziała mu: „Idum pfes dvur, zahnum kołem kovola (kovare), pfejdum les a budum tam”. W tej odpowiedzi pan S. dopatrzył się najczystszej czeszczyzny i pospieszył donieść, że ludność w Zabłociu mówi po czesku. W innym felietonie pt. Na Zbytkach a v Lutyni, ten sam p. S. opowiada, jak zagadnął dziewczęta po czesku, a te wypatrzyły się nań, bo nie rozumiały. Oto ów ustęp:

„Kolik ma ta skola tfid?” — pytam się wskazując na niedaleką budowę szkolną.

Obie patrzyły na mnie rozpaczliwie, aż w końcu jedna niesmiale zapytała:

„Jako?”

Widziałem, że czeskiego pytania dobrze nie zrozumiały i nie zrozumiały go nawet, gdy powtórzyłem je. A ja, chcąc dowiedzieć się tego, co chciałem wiedzieć, musiałem ładnie zacząć mówić po polsku:

„Ile klas jest w tamtej szkole?”

Zatrzymała się przy nas babcia. Odłożyła ciężar i zaczęła rozmawiać z nami. Była z Vefnovic. Opowiadała o dawnych i obecnych czasach. Rozumiała nas prawie we wszystkim, choć mówiliśmy celowo literackim językiem czeskim. Tylko trzeba było mówić do niej powoli; opowiadała, jak za młodu chodziła do „hrabiowskich” prac, gdzie płacili jej „dwie sustki za dzień”. Chłop dostał cztery. W niedzielę chodzili do kościoła, gdzie ksiądz tak kazali, jak uczył katecheta, „po morawsku”.

W powyższym przykładzie autor felietonu przedstawia sytuację, w której ludność miejscowa nie rozumiała czeskiego języka, jednak jego zdaniem świadczy to o czeskości śląskiego ludu. W rzeczywistości, te anegdoty ilustrują, jak niektórzy przedstawiciele czeskiej prasy i działacze polityczni manipulują faktami, próbując udowodnić czeskość mieszkańców Śląska, pomimo że ci mówią po polsku.

Dzisiaj dziewczyny mają na „hrabiowskim koniu”, a chłopcy ośmiu snstków”. – Ale za to panią ukradli dziewczynom pieśń i chłopcom język, zarówno w szkole, jak i w kościele.

„Czy są u was Czesi?” pytam się babki odchodząc.

„Ale panocku, ja o tym nie wiem. Jestem starą osobą, nie pytam się o to. Ale „Morawcy” u nas są”. Dokądkolwiek do tej pory chodziłem po Śląsku, rzadko słyszałem, żeby ktoś o sobie powiedział, że jest Czechem, albo że mówi po czesku. „Oni są Ślązakami i mówią po morawsku”.

Powyższy fragment jest bardzo charakterystyczny. Ten samouk językoznawca, pan S. nieopatrznie przyznał to, czemu Czesi ciągle zaprzeczają. Przyznał, że ludność sama nie wszędzie uznaje się za czeską, że nie rozumie czeskiego języka, ale przyznaje, że mówi po „morawsku”. „Morawski” i czeski to jedno i to samo – jesteście Czechami, tylko „wam panowie ukradli język zarówno w szkole, jak i w kościele” i zmuszają was do używania polskiego. Żądajcie czeskich szkół, bo to nasze szkoły, a jeśli „pani Polacy” wam ich nie dadzą, to wystawimy wam prywatną szkołę. Tak się dzieje. W tej Lutynji z rokiem szkolnym 1910/11 ma powstać prywatna czeska szkoła, a wypełnią ją dzieci, które, jak to pan S. stwierdził, „czeskiego pytania dobrze nie zrozumiały”.

„Wstrzymuję się od wszelkich uwag polityczno-społecznych — kończy rozprawę prof. Nitsch — z dwóch powodów. Po pierwsze, niektóre wnioski wynikają same z faktu braku jakiejkolwiek polskiej szkoły na obszarze przejściowym dialektu frydecko-opawskiego, podczas gdy wiele czeskich szkół istnieje nawet daleko na wschód od linii granicznej (mimo braku masowej imigracji czeskiej). Po drugie, nie chcę psuć ścisłego, obiektywnego tonu przedstawienia. Byłoby mi jednak bardzo miło, gdyby któryś z językoznawców czeskich zechciał razem ze mną przejść całą tę linię graniczną; jestem przekonany, że nie byłoby między nami różnicy zdań.”[1]

Co więcej, granica opisana przez prof. Nitscha, obejmująca polskie i czeskie wsie we Frydeckim, stanowi granicę czesko-polską na Śląsku. Obszar zajmowany przez gminy dialektu frydeckiego, przejściowego, jest wąskim fragmentem przy zachodnich granicach Śląska, znacznie mniejszym od tej części ziemi śląskiej, którą Czesi uważają za czeską i próbują uczynić czeską.

„Mimo że po obu stronach wspomnianej linii granicznej mieszają się cechy polskie i czeskie, to jednak systematyczne rozpatrzenie tych dialektów uwydatnia wielką różnicę między nimi: część zachodnia jest od wieków obszarem językowo przejściowym bez widocznych wpływów zewnętrznych, podczas gdy część wschodnia to obszar polski, z niewielką liczbą drugorzędnych cech zbliżających go do czeszczyzny, ale zalany mnóstwem odosobnionych, nie tworzących systemu, obcych faktów językowych. Taki pogląd, oparty wyłącznie na obiektywnych danych lingwistycznych, jest zgodny z historią.”

Na wschód od tej granicy ludność mówi po polsku. „Czeskie wyrazy, których polska ludność używa, są nieliczne i narzucone zewnętrznie przez czeski kościół i szkołę, które niegdyś dominowały w całym Cieszyńskim, a dziś tylko na pograniczu. Obecnie wzrasta natomiast wpływ nazw przemysłowych czeskich, rozpowszechnianych przez zarządy kopalń i fabryk. Jak silnie, choć zewnętrznie, działały te czynniki, dowodzi fakt, że w wielu wsiach, gdzie ludność mówi wyłącznie po polsku, śpiewa jednak pieśni, zwłaszcza nabożne, po czesku (oczywiście z polską wymową) i również w tym języku rachuje, nabywszy tę biegłość w szkole.”

Zmieniony i poprawiony tekst prezentuje się w sposób bardziej klarowny i czytelny, jednocześnie zachowując treść oraz intencje autora. Profesor Nitsch wskazuje na różnice między polskim a czeskim obszarem językowym na Śląsku, podkreślając jednocześnie chęć współpracy z czeskimi językoznawcami. Omawia wpływy zewnętrzne, które wpłynęły na język polski w regionie, a także wskazuje na fakt, że mimo tych wpływów ludność nadal mówi po polsku.

[1] Kazimierz Nitsch, Polsko-czeska granica językowa. Świat słowiański r. 1907, marzec, nr. 27, str. 201—203.